Najwyraźniej jednak, Blanche będzie musiała poczekać dłużej. Dziś znowu Pierre w roli, którą chciałabym kiedyś mieć, gdyby nie fakt, że jego lalkowa postać jest dla mnie za duża i nie wiedziałabym jak go ogarnąć ;)Tak czy owak, oto jego historia dziejąca się na długo po ostatnich wydarzeniach. Tak oto rysuje się przyszłość moich bliźniaków...
Niemal trzydziestoletni, drobny mężczyzna usiadł ostrożnie na starym, nieco już wytartym w kilku miejscach fotelu. Tuż obok niego na zdobionym stoliku stała filiżanka z cienkiej porcelany, wypełniona gorącą herbatą, a obok na spodeczku, jedno ciastko. Tymczasem na jego kolanach znalazła się plastikowa teczka. Niebieska, podpisana imieniem nakreślonym czarnym mazakiem. Ile już czasu do niej nie zaglądał? No tak, ostatni raz w dniu, kiedy pakował swoje rzeczy i wyprowadzał się z domu. Zupełnie jakby to było wczoraj…
Kiedy Pierre stał się dorosły, postanowił wrócić do Francji. Mieszkanie dziadków stało puste, po śmierci przepisali je na niego w nadziei, że jeszcze kiedyś tam wróci. Nie planował tego, nienawidził każdego pokrytego kurzem kąta, porcelanowych filiżanek w drobny wzór przedstawiający pnącza róż, które uwielbiała jego babcia, a z biegiem lat złe wspomnienia zamiast się zacierać, nadal paliły niczym żywy ogień. Obraz małego, przestraszonego chłopca, którego chcieli na zawsze zatrzymać w tej klatce. Wiele razy opowiadał Colinowi, że już nigdy nie wróci do Paryża i zupełnie nie interesuje go ostatnia wola dziadków. Chciał zostać w domu, uczyć się dalej, a w przyszłości być znanym pisarzem, którego książki będą stać na witrynach w każdej księgarni, a on będzie odbierał zaszczytne nagrody za swoją ciężką pracę i noce spędzone przed ekranem komputera.
Cóż, to ostatnie przynajmniej się spełniło.
Młody mężczyzna westchnął głęboko i otworzył trzymaną nadal teczkę. W środku były rysunki wykonane dawno temu przez Colina o których wiedzieli tylko bracia i nikt więcej. Była to ich tajemnica, jedna z wielu głupiutkich tajemnic o której mówiło się po cichu tak, by rodzice nie usłyszeli. Na kartkach narysowane zostały niemal wszystkie postacie i miejsca ze snów Colina, łącznie z mrocznym zamkiem księcia wampirów, a także tym drugim, ukrytym wśród chmur.
- Teraz już w to nie wierzę, ale kiedyś wracając ze szkoły, często szedłem z oczami utkwionymi w niebie i wyobrażałem sobie, że jest tam królestwo. – mawiał Colin podczas jednej z wielu bezsennych wakacyjnych nocy, kiedy obaj czekali na świt – Myślałem sobie, że pewnego dnia przybędzie od nich posłaniec i powie mi, że tak naprawdę jestem księciem. Głupie, co?
I obaj wybuchali śmiechem, starając się być nadal na tyle cicho, by nie obudzić rodziców. Pierre wiedział, że o wielu podobnych sprawach wiedziała także Blanche, ale miał pewność, że nie o wszystkim i ta świadomość w jakiś sposób sprawiała mu radość. W takie noce jak tamta, nie miało znaczenia to, co właśnie dzieje się w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, nie miało znaczenia, że po wakacjach znów nadejdzie jesień i zacznie się szkoła, nie miała znaczenia ich przyszłość… Chociaż może powinna. Gdyby Pierre już wtedy wiedział czym to wszystko się skończy, być może starałby się cieszyć każdą chwilą o wiele bardziej, a być może znalazłby jakiś sposób by zmienić bieg wydarzeń.
Na jednym z ostatnich rysunków była narysowana syrena, siedząca na ogromnym kamieniu i czesząca włosy przy pomocy grzebyka. Colin uwielbiał je rysować, niemal każda była do siebie podobna, ale nigdy mu się to nie znudziło. Pytany, czy to jedna z pojawiających się w jego snach postaci, kręcił przecząco głową, ale też nie chciał wyjaśnić nic więcej. Sam był niczym fantastyczna postać ze swoich rysunków, wieczny chłopiec…
„Obiecaj mi, że nigdy nie dorośniesz, Colin”.
Gdyby wtedy rozumiał jak głupia była to prośba, nigdy by jej nie wypowiedział. Ale skąd miał wiedzieć? Wtedy byli tylko dwojgiem małych chłopców, leżących wspólnie na kocach w szałasie i wierzących, że mają przed sobą nadal jeszcze bardzo długą drogę do przebycia.
Pierre poskładał wszystkie rysunki i schował je znów do teczki, zamykając ją i odkładając na bok. Sięgnął po filiżankę, podmuchał leciutko i upił łyk ciepłego napoju. Kiedy teraz się nad tym zastanawiał, Colin pojawiał się w jego życiu niczym krótkie migawki. Nigdy nie był jak inni chłopcy, nigdy nie pojawiał się na długo, czasem miało się wręcz wrażenie, że nie może być prawdziwy.
- Kiedy mówiłem żebyś nie dorastał, nie miałem na myśli tego, co się stało, głuptasie. – szepnął, odstawiając ostrożnie filiżankę na spodeczek.
Podobnie jak nie byli obok siebie, kiedy Pierre po raz pierwszy wyjechał do Francji i według planów ich dziadków, już miał tam pozostać, podobnie nie widzieli się, kiedy Colin zniknął z jego życia ostatni raz. To także było lato, obaj mieli już siedemnaście lat. Nic nie zapowiadało, że będzie to najtragiczniejszy czas w całym życiu Pierre’a i kiedy on spokojnie został w domu, by w ciszy skończyć wreszcie pisanie swojej pracy wakacyjnej, Colin wyjechał z grupą kolegów na wycieczkę. Kiedy wracali, zdarzył się poważny wypadek, który ostatecznie przeżyli wszyscy, poza Colinem.
Pierre nigdy nie wybaczył sobie, że pozwolił bratu jechać z tamtą grupą, a jeśli już miał w tym uczestniczyć, to on powinien był wyruszyć razem z nim. Tak się jednak nie stało i ostatnie co pamiętał, to wiadomość przekazana rodzicom przez telefon, krzyki, płacz i niedowierzanie. A później także cichy, niemal pusty cmentarz i grób obsypany kwiatami, znajdujący się tuż obok dużego kasztanowca. Od tamtej pory nagle zmieniły się wszystkie jego plany, a kiedy po skończeniu szkoły obwieścił rodzicom, że jedzie do Paryża, nie próbowali go zatrzymać. Rozbity i przygnębiony, zatrzymał się w miejscu z którego zawsze chciał uciec, a koniec końców i tak utkwił w nim, zdawałoby się, że tym razem na dobre. Jeszcze przez jakiś czas rodzice wysyłali mu pieniądze, a on sam wybrał sobie kolejną szkołę, którą po kilu latach ukończył z wyróżnieniem. Oficjalnie, nigdy później nie wrócił do domu. A tak naprawdę, raz w roku kupował bilet na samolot, zabierał ze sobą jedynie mały plecak i ostatecznie trafiał na cmentarz, który pomimo upływających lat, wyglądał jakby czas się tam zatrzymał dawno temu. Pierre siadał na metalowej ławce tuż przed grobem brata i spędzał tak długie godziny w myślach opowiadając mu wszystko to, co przyszło do głowy. O ostatnim napisanym opowiadaniu, o nagrodach o tym, jak pięknie wygląda Paryż jesienią. A kiedy kończyły mu się aktualne tematy, opowiadał mu bajki, które Colin tak bardzo kochał, pomimo tego, że o tym także wiedział po latach tylko jego brat.
Wieczorem, kiedy robiło się już zbyt ciemno i chłodno, wychodził z cmentarza i kierował się do niewielkiego pensjonatu w którym spędzał noc. Nad ranem zazwyczaj wracał na lotnisko, a jedynym śladem jego wizyty u brata, było jedna biała róża, którą niezmiennie kupował tuż przed wejściem na cmentarz.
Wspomnienie tamtego letniego dnia, nadal pozostawało w nim żywe i bolało. Nie opowiadał o tym nikomu, żaden z jego partnerów, czy przyjaciół nie miał pojęcia, że Pierre miał kiedyś brata bliźniaka. Była to jego najlepiej strzeżona tajemnica, podobna do tych z dziecięcych lat, a wszystkie łączył ze sobą Colin. W jego marzeniach nadal tak samo prawdziwy i żywy jak dawniej. I właśnie taki miał tam pozostać już na zawsze.
Mężczyzna sięgnął po zapomnianą filiżankę i dopił zimną już herbatę, dopiero teraz przypominając sobie o ciastku, które zaraz ugryzł niemrawo, przeżuwając powoli, nadal wpatrując się w nieokreślony punkt na ścianie. Okruszki sypały się na jego idealnie białą i wyprasowaną koszulę, ale zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Kiedy wreszcie zjadł, podszedł do okna i wyjrzał przez nie, ale nawet wtedy jego spojrzenie nie zatrzymało się na niczym szczególnym.
Dziś wieczorem miał stawić się na ważnym przyjęciu na którym być wcale nie miał ochoty. Jeśli się nad tym zastanowić, to w tej jego cukierkowej wizji zostania sławnym pisarzem, więcej było w rzeczywistości rzeczy, których nie lubił i robił z musu, niż tych pozytywnych. A przecież praca była tylko jeszcze jednym powodem dla którego w ogóle miał po co wstawać z łóżka. Matka mówiła mu, że nadal jest młody, a czuł się niczym dziadek, który także zasiadał kiedyś w tym samym fotelu, chociaż zamiast filiżanki z herbatą, spędzał czas z delikatnie pykającą fajką. O tym jednak także nie mówił nikomu, bo wiedział, że nikogo to już tak naprawdę nie interesuje.
W tej chwili miał przed sobą to przyjęcie, a także jedną książkę do skończenia. Później najprawdopodobniej wynajdzie sobie kolejny, równie fikcyjny cel do osiągnięcia
Tak naprawdę, Paryż był bardziej przygnębiający jesienią niż piękny. Szczególnie dla kogoś, kogo połowa nadal została w zupełnie innym miejscu, delikatnie schowana tuż obok rozłożystego kasztanowca.
Niemal trzydziestoletni, drobny mężczyzna usiadł ostrożnie na starym, nieco już wytartym w kilku miejscach fotelu. Tuż obok niego na zdobionym stoliku stała filiżanka z cienkiej porcelany, wypełniona gorącą herbatą, a obok na spodeczku, jedno ciastko. Tymczasem na jego kolanach znalazła się plastikowa teczka. Niebieska, podpisana imieniem nakreślonym czarnym mazakiem. Ile już czasu do niej nie zaglądał? No tak, ostatni raz w dniu, kiedy pakował swoje rzeczy i wyprowadzał się z domu. Zupełnie jakby to było wczoraj…
Kiedy Pierre stał się dorosły, postanowił wrócić do Francji. Mieszkanie dziadków stało puste, po śmierci przepisali je na niego w nadziei, że jeszcze kiedyś tam wróci. Nie planował tego, nienawidził każdego pokrytego kurzem kąta, porcelanowych filiżanek w drobny wzór przedstawiający pnącza róż, które uwielbiała jego babcia, a z biegiem lat złe wspomnienia zamiast się zacierać, nadal paliły niczym żywy ogień. Obraz małego, przestraszonego chłopca, którego chcieli na zawsze zatrzymać w tej klatce. Wiele razy opowiadał Colinowi, że już nigdy nie wróci do Paryża i zupełnie nie interesuje go ostatnia wola dziadków. Chciał zostać w domu, uczyć się dalej, a w przyszłości być znanym pisarzem, którego książki będą stać na witrynach w każdej księgarni, a on będzie odbierał zaszczytne nagrody za swoją ciężką pracę i noce spędzone przed ekranem komputera.
Cóż, to ostatnie przynajmniej się spełniło.
Młody mężczyzna westchnął głęboko i otworzył trzymaną nadal teczkę. W środku były rysunki wykonane dawno temu przez Colina o których wiedzieli tylko bracia i nikt więcej. Była to ich tajemnica, jedna z wielu głupiutkich tajemnic o której mówiło się po cichu tak, by rodzice nie usłyszeli. Na kartkach narysowane zostały niemal wszystkie postacie i miejsca ze snów Colina, łącznie z mrocznym zamkiem księcia wampirów, a także tym drugim, ukrytym wśród chmur.
- Teraz już w to nie wierzę, ale kiedyś wracając ze szkoły, często szedłem z oczami utkwionymi w niebie i wyobrażałem sobie, że jest tam królestwo. – mawiał Colin podczas jednej z wielu bezsennych wakacyjnych nocy, kiedy obaj czekali na świt – Myślałem sobie, że pewnego dnia przybędzie od nich posłaniec i powie mi, że tak naprawdę jestem księciem. Głupie, co?
I obaj wybuchali śmiechem, starając się być nadal na tyle cicho, by nie obudzić rodziców. Pierre wiedział, że o wielu podobnych sprawach wiedziała także Blanche, ale miał pewność, że nie o wszystkim i ta świadomość w jakiś sposób sprawiała mu radość. W takie noce jak tamta, nie miało znaczenia to, co właśnie dzieje się w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, nie miało znaczenia, że po wakacjach znów nadejdzie jesień i zacznie się szkoła, nie miała znaczenia ich przyszłość… Chociaż może powinna. Gdyby Pierre już wtedy wiedział czym to wszystko się skończy, być może starałby się cieszyć każdą chwilą o wiele bardziej, a być może znalazłby jakiś sposób by zmienić bieg wydarzeń.
Na jednym z ostatnich rysunków była narysowana syrena, siedząca na ogromnym kamieniu i czesząca włosy przy pomocy grzebyka. Colin uwielbiał je rysować, niemal każda była do siebie podobna, ale nigdy mu się to nie znudziło. Pytany, czy to jedna z pojawiających się w jego snach postaci, kręcił przecząco głową, ale też nie chciał wyjaśnić nic więcej. Sam był niczym fantastyczna postać ze swoich rysunków, wieczny chłopiec…
„Obiecaj mi, że nigdy nie dorośniesz, Colin”.
Gdyby wtedy rozumiał jak głupia była to prośba, nigdy by jej nie wypowiedział. Ale skąd miał wiedzieć? Wtedy byli tylko dwojgiem małych chłopców, leżących wspólnie na kocach w szałasie i wierzących, że mają przed sobą nadal jeszcze bardzo długą drogę do przebycia.
Pierre poskładał wszystkie rysunki i schował je znów do teczki, zamykając ją i odkładając na bok. Sięgnął po filiżankę, podmuchał leciutko i upił łyk ciepłego napoju. Kiedy teraz się nad tym zastanawiał, Colin pojawiał się w jego życiu niczym krótkie migawki. Nigdy nie był jak inni chłopcy, nigdy nie pojawiał się na długo, czasem miało się wręcz wrażenie, że nie może być prawdziwy.
- Kiedy mówiłem żebyś nie dorastał, nie miałem na myśli tego, co się stało, głuptasie. – szepnął, odstawiając ostrożnie filiżankę na spodeczek.
Podobnie jak nie byli obok siebie, kiedy Pierre po raz pierwszy wyjechał do Francji i według planów ich dziadków, już miał tam pozostać, podobnie nie widzieli się, kiedy Colin zniknął z jego życia ostatni raz. To także było lato, obaj mieli już siedemnaście lat. Nic nie zapowiadało, że będzie to najtragiczniejszy czas w całym życiu Pierre’a i kiedy on spokojnie został w domu, by w ciszy skończyć wreszcie pisanie swojej pracy wakacyjnej, Colin wyjechał z grupą kolegów na wycieczkę. Kiedy wracali, zdarzył się poważny wypadek, który ostatecznie przeżyli wszyscy, poza Colinem.
Pierre nigdy nie wybaczył sobie, że pozwolił bratu jechać z tamtą grupą, a jeśli już miał w tym uczestniczyć, to on powinien był wyruszyć razem z nim. Tak się jednak nie stało i ostatnie co pamiętał, to wiadomość przekazana rodzicom przez telefon, krzyki, płacz i niedowierzanie. A później także cichy, niemal pusty cmentarz i grób obsypany kwiatami, znajdujący się tuż obok dużego kasztanowca. Od tamtej pory nagle zmieniły się wszystkie jego plany, a kiedy po skończeniu szkoły obwieścił rodzicom, że jedzie do Paryża, nie próbowali go zatrzymać. Rozbity i przygnębiony, zatrzymał się w miejscu z którego zawsze chciał uciec, a koniec końców i tak utkwił w nim, zdawałoby się, że tym razem na dobre. Jeszcze przez jakiś czas rodzice wysyłali mu pieniądze, a on sam wybrał sobie kolejną szkołę, którą po kilu latach ukończył z wyróżnieniem. Oficjalnie, nigdy później nie wrócił do domu. A tak naprawdę, raz w roku kupował bilet na samolot, zabierał ze sobą jedynie mały plecak i ostatecznie trafiał na cmentarz, który pomimo upływających lat, wyglądał jakby czas się tam zatrzymał dawno temu. Pierre siadał na metalowej ławce tuż przed grobem brata i spędzał tak długie godziny w myślach opowiadając mu wszystko to, co przyszło do głowy. O ostatnim napisanym opowiadaniu, o nagrodach o tym, jak pięknie wygląda Paryż jesienią. A kiedy kończyły mu się aktualne tematy, opowiadał mu bajki, które Colin tak bardzo kochał, pomimo tego, że o tym także wiedział po latach tylko jego brat.
Wieczorem, kiedy robiło się już zbyt ciemno i chłodno, wychodził z cmentarza i kierował się do niewielkiego pensjonatu w którym spędzał noc. Nad ranem zazwyczaj wracał na lotnisko, a jedynym śladem jego wizyty u brata, było jedna biała róża, którą niezmiennie kupował tuż przed wejściem na cmentarz.
Wspomnienie tamtego letniego dnia, nadal pozostawało w nim żywe i bolało. Nie opowiadał o tym nikomu, żaden z jego partnerów, czy przyjaciół nie miał pojęcia, że Pierre miał kiedyś brata bliźniaka. Była to jego najlepiej strzeżona tajemnica, podobna do tych z dziecięcych lat, a wszystkie łączył ze sobą Colin. W jego marzeniach nadal tak samo prawdziwy i żywy jak dawniej. I właśnie taki miał tam pozostać już na zawsze.
Mężczyzna sięgnął po zapomnianą filiżankę i dopił zimną już herbatę, dopiero teraz przypominając sobie o ciastku, które zaraz ugryzł niemrawo, przeżuwając powoli, nadal wpatrując się w nieokreślony punkt na ścianie. Okruszki sypały się na jego idealnie białą i wyprasowaną koszulę, ale zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Kiedy wreszcie zjadł, podszedł do okna i wyjrzał przez nie, ale nawet wtedy jego spojrzenie nie zatrzymało się na niczym szczególnym.
Dziś wieczorem miał stawić się na ważnym przyjęciu na którym być wcale nie miał ochoty. Jeśli się nad tym zastanowić, to w tej jego cukierkowej wizji zostania sławnym pisarzem, więcej było w rzeczywistości rzeczy, których nie lubił i robił z musu, niż tych pozytywnych. A przecież praca była tylko jeszcze jednym powodem dla którego w ogóle miał po co wstawać z łóżka. Matka mówiła mu, że nadal jest młody, a czuł się niczym dziadek, który także zasiadał kiedyś w tym samym fotelu, chociaż zamiast filiżanki z herbatą, spędzał czas z delikatnie pykającą fajką. O tym jednak także nie mówił nikomu, bo wiedział, że nikogo to już tak naprawdę nie interesuje.
W tej chwili miał przed sobą to przyjęcie, a także jedną książkę do skończenia. Później najprawdopodobniej wynajdzie sobie kolejny, równie fikcyjny cel do osiągnięcia
Tak naprawdę, Paryż był bardziej przygnębiający jesienią niż piękny. Szczególnie dla kogoś, kogo połowa nadal została w zupełnie innym miejscu, delikatnie schowana tuż obok rozłożystego kasztanowca.

Ale zdecydowanie trafiony i podoba mi się.
Potrzebna mi druga para rąk, albo brak wichur, które aż zrywają dachówki z domów. 


-
Idemo:
Pokaż wszystkie (1) ›